Po
moim ciele przeszły dreszcze. Rozejrzałam się dookoła, nie poznawałam miejsca w
którym aktualnie się znajdowałam. Stałam po środku jakiegoś lasu, dookoła było
wiele drzew, krzaków, grzybów i kwiatów. Na jednym z kwiatów zauważyłam malutkie białe światełko. Podeszłam bliżej i ukucnęłam a następnie wyciągnęłam
zaczerwienioną dłoń w zamiarze dotknięcia promyka światła, była lodowata.
Światełko zniknęło, pozostawiając mnie w głuchej ciszy. Poszłam w głąb lasu,
próbując wypatrzyć przez gęstą mgłę cokolwiek co mogłoby przypominać
cywilizację. Zaczęłam biec. Starałam się wołać o pomoc jednak nie mogłam wydobyć
z siebie żadnego dźwięku. Było zupełnie
cicho, tylko śpiew ptaków i powiew wiatru. Biegnąc co raz szybciej, łzy
zaczęły spływać po moich policzkach. Nagle w oddali pojawił się wcześniej
widziany promyk światła. Przyspieszyłam w obawie, aby po raz kolejny nie zniknął. Zbliżyłam się do niego, a on
zaczął razić mnie w oczy swym blaskiem. Przymrużyłam powiekę, zasłaniając twarz
dłonią. Z tej jasności wyłoniła się postać mężczyzny. Podszedł do mnie, i
uśmiechnął się. Wtedy poczułam się bezpieczna, jakbym od zawsze go znała.
Przestałam płakać, a on przetarł dłonią ostatnią łzę z mego policzka. Uniósł
moją twarz ku jego, trzymając za podbródek, po czym spojrzał mi w oczy. Nie
wiedziałam jak mam się zachować, stałam jak marionetka. Po chwili uchylił swoje usta.
- Nie bój się, jestem przy tobie...
Chciałam mu odpowiedzieć, jednak nie mogłam. Chwilę potem odwrócił się, i
odszedł. Promyk światła zaczął gasnąć.
Obudziłam się bladym świtem i rozejrzałam po pokoju. Te same ściany, te same
meble, te same rzeczy, to był tylko sen. Chociaż był tak realny, moje emocje
buzowały. Jakbym przeżyła w nim coś bardzo ważnego. Kiedy już się uspokoiłam,
zeszłam z łóżka i ubrałam rzeczy. Postanowiłam się przejść, do końca ochłonąć i
pomyśleć. Kochałam wychodzić w tym samym czasie kiedy słońce zaczęło wschodzić
na niebo. Bez obaw wymknęłam się z budynku po czym szybkim krokiem ruszyłam
przed siebie. Miasto budziło się do życia, samochody zaczęły coraz częściej
przejeżdżać tutejszymi ulicami, ludzie zaczęli wychodzić z domów i ptaki
zaczęły swoje poranne śpiewy. Pogrążona w myślach nawet nie zorientowałam się
kiedy to dotarłam na plażę. Przysiadłam blisko brzegu morza i obserwowałam
wschodzące słońce. Kłębiaste chmury
mieniły się ciepłymi kolorami czerwieni i żółci. Szkarłatna tarcza wyłaniała
się z wody, bardzo powoli odsłaniając swe nieziemskie oblicze. Wsłuchując się w
szum kołyszących się fal zaczęłam dokładnie analizować swój sen który po raz
kolejny wkradł się do mojego umysłu. Po
moim ciele przeszły przyjemne dreszcze.
- Piękny widok, prawda? – usłyszałam zachrypnięty głos tuż za moimi plecami.
Odwróciłam się do osoby za mną. Nade mną stał uśmiechnięty brunet, miał niesamowicie
zielone oczy w których bez problemu mogłabym się zatopić, a jego loki były rozwiane na wszystkie
możliwe strony. Zwróciłam ponownie wzrok na szumiące fale i słońce przede mną.
Nieznajomy przysiadł koło mnie i przez chwilę między nami panowała zupełna
cisza. Dziwnie się czułam przy nim, od tak pierwszy raz od trzech lat
zapragnęłam porozmawiania z kimś..
- Często tu przychodzisz o tej porze? – zapytał. Czułam jak przeszywa mnie
wzrokiem i jak się uśmiecha, wywoływało to u mnie może nie dużą ale niewielką
radość. Odwróciłam powoli głowę w jego stronę, a kiedy nasze oczy się
spotkały, szybko tego pożałowałam. Kiwnęłam głową na „tak” i spuściłam głowę. Po chwili jednak postanowiłam dalej przyglądać
się wschodzącemu słońcu.
- Nigdy cię tutaj nie widziałem. – po raz kolejny mogłam usłyszeć ten jego
radosny ton głosu.
- może nie zwracałeś uwagi na obecnych tutaj ludzi. – rzuciłam obojętnie nadal
patrząc na wznoszące się słońce.
- Może dlatego bo nikt o tej godzinie tutaj nie przychodzi?
- przychodzę tu odkąd pamiętam.
- Nigdy wcześniej cie tu nie widziałem.
- Powtarzasz się. – uśmiechnęłam się lekko.
- Czemu tutaj przychodzisz?
- Bo to jest jedyne miejsce gdzie nie zwariuje. – odpowiedziałam lekko
ściskając dłoń na spodniach.
- No to witaj w klubie. – powiedział już normalnym głosem. Spojrzałam na niego
zdziwiona i przez chwilę mu się przyglądałam. Gdzieś już go widziałam, ale nie
byłam w stanie przypomnieć sobie gdzie.
- Jestem Harry. – chłopak wyciągnął w moją stronę swoją rękę. Przerzuciłam
wzrok z twarzy na rękę bruneta. Czułam się tak dziwnie, jakbym się bała. Nigdy
się nie boję, dlaczego teraz tak jest?
- Ivy. - niepewnie podniosłam swoją rękę i uścisnęłam ją z nowo poznanym
chłopakiem. I w tej chwili wszystko przemknęło mi przed oczami. Cały sen, tylko że w
przyśpieszonym tempie tylko z tą różnicą że teraz przypomniała mi się jego
twarz. To był on. To był Harry. Szybko zabrałam rękę i przerażona na niego
spojrzałam. W jego oczach dostrzegłam dosłownie to samo. Nie byłam pewna co
było powodem jego lęku, jednak czułam napięcie między nami które z każdą
kolejną sekundą rosło. Jednak po paru minutach milczenia „zburzyliśmy” mur
napięcia i normalnie rozmawialiśmy. A zasadzie, to było cudowne uczucia znów
się do kogoś odezwać i wiedząc że ta osoba słucha cie z zainteresowaniem.
Przegadaliśmy kilka dobrych godzin, jednak kiedyś musieliśmy się rozstać. Naszą
rozmowę przerwał dziwnie znajomy mi głos.
- Harry! Wszędzie cie szukamy, wywiad jest za 30 minut! – nie zwróciłam uwagi
na osobę trzecią, zamiast tego zwróciłam się ponownie w stronę morza nad którym
już dawno świeciło gorące słońce.
- O matko, już jest 10.00? rany, już idę – rzucił niechętnie spoglądając na
zegarek który miał uwieszony na ręku. –
Ciesze się że poznaliśmy się. Mam nadzieję że kiedyś jeszcze się spotkamy.
– kędzierzawy uśmiechnął się do mnie szeroko a ja odwzajemniłam gest.
- Harry! – znów usłyszałam natarczywy głos. Chłopak podniósł się a następnie
zaczął czegoś szukać w kieszeni spodni. Wyjął z niej mały kawałek papieru i
długopis którym coś zapisywał na karteczce a następnie podał mi ją.
- zadzwoń – uśmiechnął się wręczając mi kawałek papieru. Kiwnęłam głową i w tej
chwili ostatni raz widziałam Harrego. Twarz ponownie zwróciłam w kierunku morza
i znów zaczęłam myśleć.
- Ivy! – usłyszałam krzyk kędzierzawego, odruchowo odwróciłam się w jego stronę
i tej samej chwili zobaczyłam też jak jego kolega również się odwraca.
Szczerze? Niczego bardziej w tej chwili nie żałowałam. Razem z Harrym stał mój
brat. To był jego głos.
One dream can change our lives...
poniedziałek, 18 marca 2013
niedziela, 10 marca 2013
Chapter 1. I feel hopeless, depressed, angry, but most of all: I'm scared.
Siedziałam
na brzegu łóżka i przelewając swoje emocje na mały kawałek papieru próbowałam
się wyciszyć. Uspokoić swoje ciało, swoje serce i oddech. Nie potrafiłam już
zrozumieć otaczających mnie ludzi. Codziennie wstawałam z niechęcią i
wychodziłam na zewnątrz tylko dlatego bo byłam zmuszana do tego. W zasadzie
nawet nie wiedziałam po co musiałam prowadzić ten zeszycik w którym tłumiłam
tyle złych emocji… Nie był mi do niczego potrzebny. Jednak gdzieś w głębi serca
byłam wdzięczna pani psycholog za to że kazała mi przelewać wszelkie uczucia do
tego zeszytu. Czasem pomagało, a czasem nie. Mając nadzieję że kiedy przeleję do
niego potok słów nachodzących mi do głowy, wszystkie złe emocje odejdą w
niepamięć, tak samo z tęsknotą, bólem i cierpieniem. Nie ma niczego bardziej
mylnego.
Po raz kolejny opisywałam sen który nawiedzał mój omysł od dnia kiedy tutaj trafiłam. Tajemniczo brzmi, prawda? Dom dziecka, sierociniec, bidul, nazwij to jak chcesz. Szczerze powiedziawszy, nienawidzę tego miejsca. Każdego dnia marzę o tym by się wyrwać od tego miejsca i żyć już tak jak bym chciała. Jeszcze dwa lata, jeszcze dwa lata dzielą mnie od przekroczenia progu tego jakże cudownego miejsca.
Odruchowo ścisnęłam zeszyt, chcąc odpędzić od siebie złe wspomnienia które za każdym razem kują moje serce. Wściekła na siebie rzuciłam przedmiot o ścianę i schowałam twarz w dłoniach. Znów wszystko we mnie buzowało. Nie mogłam się pozbyć tych myśli, choć tak bardzo tego chciałam. Od kiedy moja noga stanęła na fundamentach tego budynku całkowicie zamknęłam się w sobie, od dwóch lat nie zamieniłam ani słowa z żadną osobom, chociaż nie jedna starała się o jakikolwiek kontakt z moją osobom. Dlaczego? Sama nie wiem, nie jestem w stanie znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Powoli uniosłam głowę do góry i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w ciszę panującą w owym pokoju. W tej chwili mogłam doskonale usłyszeć nierówne bicie mojego serca. Nagle usłyszałam ciche pukanie do drzwi, przez co byłam zmuszona skierować twarz w ich stronę i zobaczyć kto jest sprawcą naruszania spokoju. Zza drzwi wyłoniła się sylwetka mojego opiekuna który spojrzał na mnie tak, jakby oczekiwał pozwolenia na wejście. Widząc moją ignorancję wszedł do pokoju i stanął niedaleko łóżka. Ale czy tak naprawdę mogę go tak nazwać? Był niewiele starszy ode mnie, miał około dwudziestu lat?
- Ivy, odezwiesz się wreszcie? Ja rozumiem, że jest ci ciężko ale to trwa już za długo. – usłyszałam jego ciepły, męski głos pełen troski. Wzrokiem przerzuciłam się na okno, spoglądając na niebo dalej milczałam. Usłyszałam głośne westchnięcie Briana i ciche kroki w stronę drzwi. Znowu zostałam sama. W zasadzie byłam już do tego przyzwyczajona. Od początku tak było. Szczerze? Cały czas się wszystkim dziwię że jeszcze tak wytrzymują. Chociaż nie prosiłam nigdy nikogo ani nie zabiegałam o jakikolwiek kontakt z kimś, to oni próbują go złapać, chcą abym się przełamała i zaczęła się odzywać. Wiem że wychodząc ode mnie z pokoju, bądź kiedy po raz kolejny zrozumieją że nie mam ochoty nawet na nich patrzeć, a co dopiero porozmawiać, poznać się, czują wściekłość, są źli a jednocześnie bezradni. Ale dlaczego? Czy tak trudno zrozumieć że nie chce? Opadłam na łóżko i wpatrywałam się w sufit. Jestem beznadziejna. Czuje się beznadziejnie, czuję gniew, depresję ale przede wszystkim jestem przerażona. W tej chwili dotarło do mnie jak bardzo się zmieniłam przez te trzy lata. To niesamowite, jak bardzo może się zmienić życie człowieka w przeciągu paru sekund…
Po raz kolejny opisywałam sen który nawiedzał mój omysł od dnia kiedy tutaj trafiłam. Tajemniczo brzmi, prawda? Dom dziecka, sierociniec, bidul, nazwij to jak chcesz. Szczerze powiedziawszy, nienawidzę tego miejsca. Każdego dnia marzę o tym by się wyrwać od tego miejsca i żyć już tak jak bym chciała. Jeszcze dwa lata, jeszcze dwa lata dzielą mnie od przekroczenia progu tego jakże cudownego miejsca.
Odruchowo ścisnęłam zeszyt, chcąc odpędzić od siebie złe wspomnienia które za każdym razem kują moje serce. Wściekła na siebie rzuciłam przedmiot o ścianę i schowałam twarz w dłoniach. Znów wszystko we mnie buzowało. Nie mogłam się pozbyć tych myśli, choć tak bardzo tego chciałam. Od kiedy moja noga stanęła na fundamentach tego budynku całkowicie zamknęłam się w sobie, od dwóch lat nie zamieniłam ani słowa z żadną osobom, chociaż nie jedna starała się o jakikolwiek kontakt z moją osobom. Dlaczego? Sama nie wiem, nie jestem w stanie znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Powoli uniosłam głowę do góry i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w ciszę panującą w owym pokoju. W tej chwili mogłam doskonale usłyszeć nierówne bicie mojego serca. Nagle usłyszałam ciche pukanie do drzwi, przez co byłam zmuszona skierować twarz w ich stronę i zobaczyć kto jest sprawcą naruszania spokoju. Zza drzwi wyłoniła się sylwetka mojego opiekuna który spojrzał na mnie tak, jakby oczekiwał pozwolenia na wejście. Widząc moją ignorancję wszedł do pokoju i stanął niedaleko łóżka. Ale czy tak naprawdę mogę go tak nazwać? Był niewiele starszy ode mnie, miał około dwudziestu lat?
- Ivy, odezwiesz się wreszcie? Ja rozumiem, że jest ci ciężko ale to trwa już za długo. – usłyszałam jego ciepły, męski głos pełen troski. Wzrokiem przerzuciłam się na okno, spoglądając na niebo dalej milczałam. Usłyszałam głośne westchnięcie Briana i ciche kroki w stronę drzwi. Znowu zostałam sama. W zasadzie byłam już do tego przyzwyczajona. Od początku tak było. Szczerze? Cały czas się wszystkim dziwię że jeszcze tak wytrzymują. Chociaż nie prosiłam nigdy nikogo ani nie zabiegałam o jakikolwiek kontakt z kimś, to oni próbują go złapać, chcą abym się przełamała i zaczęła się odzywać. Wiem że wychodząc ode mnie z pokoju, bądź kiedy po raz kolejny zrozumieją że nie mam ochoty nawet na nich patrzeć, a co dopiero porozmawiać, poznać się, czują wściekłość, są źli a jednocześnie bezradni. Ale dlaczego? Czy tak trudno zrozumieć że nie chce? Opadłam na łóżko i wpatrywałam się w sufit. Jestem beznadziejna. Czuje się beznadziejnie, czuję gniew, depresję ale przede wszystkim jestem przerażona. W tej chwili dotarło do mnie jak bardzo się zmieniłam przez te trzy lata. To niesamowite, jak bardzo może się zmienić życie człowieka w przeciągu paru sekund…
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)