Siedziałam
na brzegu łóżka i przelewając swoje emocje na mały kawałek papieru próbowałam
się wyciszyć. Uspokoić swoje ciało, swoje serce i oddech. Nie potrafiłam już
zrozumieć otaczających mnie ludzi. Codziennie wstawałam z niechęcią i
wychodziłam na zewnątrz tylko dlatego bo byłam zmuszana do tego. W zasadzie
nawet nie wiedziałam po co musiałam prowadzić ten zeszycik w którym tłumiłam
tyle złych emocji… Nie był mi do niczego potrzebny. Jednak gdzieś w głębi serca
byłam wdzięczna pani psycholog za to że kazała mi przelewać wszelkie uczucia do
tego zeszytu. Czasem pomagało, a czasem nie. Mając nadzieję że kiedy przeleję do
niego potok słów nachodzących mi do głowy, wszystkie złe emocje odejdą w
niepamięć, tak samo z tęsknotą, bólem i cierpieniem. Nie ma niczego bardziej
mylnego.
Po raz kolejny opisywałam sen który nawiedzał mój omysł od dnia kiedy tutaj
trafiłam. Tajemniczo brzmi, prawda? Dom dziecka, sierociniec, bidul, nazwij to
jak chcesz. Szczerze powiedziawszy, nienawidzę tego miejsca. Każdego dnia marzę
o tym by się wyrwać od tego miejsca i żyć już tak jak bym chciała. Jeszcze dwa
lata, jeszcze dwa lata dzielą mnie od przekroczenia progu tego jakże cudownego
miejsca.
Odruchowo ścisnęłam zeszyt, chcąc odpędzić od siebie złe wspomnienia które za
każdym razem kują moje serce. Wściekła na siebie rzuciłam przedmiot o ścianę i
schowałam twarz w dłoniach. Znów wszystko we mnie buzowało. Nie mogłam się
pozbyć tych myśli, choć tak bardzo tego chciałam. Od kiedy moja noga stanęła na
fundamentach tego budynku całkowicie zamknęłam się w sobie, od dwóch lat nie
zamieniłam ani słowa z żadną osobom, chociaż nie jedna starała się o
jakikolwiek kontakt z moją osobom. Dlaczego? Sama nie wiem, nie jestem w stanie
znaleźć odpowiedzi na to pytanie.
Powoli uniosłam głowę do góry i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w ciszę
panującą w owym pokoju. W tej chwili mogłam doskonale usłyszeć nierówne bicie
mojego serca. Nagle usłyszałam ciche pukanie do drzwi, przez co byłam zmuszona skierować twarz w ich stronę i zobaczyć kto
jest sprawcą naruszania spokoju. Zza drzwi wyłoniła się sylwetka mojego
opiekuna który spojrzał na mnie tak, jakby oczekiwał pozwolenia na wejście. Widząc
moją ignorancję wszedł do pokoju i stanął niedaleko łóżka. Ale czy tak naprawdę mogę go tak nazwać? Był niewiele starszy ode mnie, miał około dwudziestu lat?
- Ivy, odezwiesz się wreszcie? Ja rozumiem, że jest ci ciężko ale to trwa już
za długo. – usłyszałam jego ciepły, męski głos pełen troski. Wzrokiem
przerzuciłam się na okno, spoglądając na niebo dalej milczałam. Usłyszałam głośne
westchnięcie Briana i ciche kroki w stronę drzwi. Znowu zostałam sama. W
zasadzie byłam już do tego przyzwyczajona. Od początku tak było. Szczerze? Cały
czas się wszystkim dziwię że jeszcze tak wytrzymują. Chociaż nie prosiłam nigdy
nikogo ani nie zabiegałam o jakikolwiek kontakt z kimś, to oni próbują go
złapać, chcą abym się przełamała i zaczęła się odzywać. Wiem że wychodząc ode
mnie z pokoju, bądź kiedy po raz kolejny zrozumieją że nie mam ochoty nawet na
nich patrzeć, a co dopiero porozmawiać, poznać się, czują wściekłość, są źli a
jednocześnie bezradni. Ale dlaczego? Czy tak trudno zrozumieć że nie chce?
Opadłam na łóżko i wpatrywałam się w sufit. Jestem beznadziejna. Czuje się
beznadziejnie, czuję gniew, depresję ale
przede wszystkim jestem przerażona. W tej chwili dotarło do mnie jak bardzo się
zmieniłam przez te trzy lata. To niesamowite, jak bardzo może się zmienić życie
człowieka w przeciągu paru sekund…
Super notka ;) Ciekawa jestem, co będzie dalej ;* Czekam na kolejne wpisy;)
OdpowiedzUsuń